Wywiad z Izabellą Frączyk

Izabella Frączyk 1

Izabella Frączyk mówi o sobie tak:

Urodziłam się 4 lipca 1970 roku w Krakowie. Jestem absolwentką Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych w Warszawie. Przez lata poświęcone pracy zawodowej zajmowałam się zarządzaniem i organizacją działów sprzedaży w krajowych i międzynarodowych korporacjach, by finalnie zostać samodzielnym doradcą w zakresie tworzenia i wdrażania systemów naprawczych dla małych i średnich firm.

Pisarstwem zajmuję się od 2009 roku. Mam fajnego męża, dwoje udanych dzieci, kota i psa, od którego wszystko się zaczęło. Nieduży, zabiedzony przybłęda przywieziony z wakacji dostarczył mi tak wiele ekstremalnych wrażeń, że dla rozweselenia znajomych zaczęłam je opisywać na jednym z internetowych forów. Poczciwe, acz nieco zwichrowane psychicznie psisko, prawie codziennie fundowało mi nową porcję adrenaliny oraz wrażenia – od łez bezsilności po ból brzucha ze śmiechu. Nie wiadomo kiedy powstało coś w stylu opowieści w odcinkach, a mój szalony pies zyskał rzeszę wielbicieli, którzy z utęsknieniem wyczekiwali kolejnych odcinków.

Tak się zaczęło. Gdy oznajmiłam, że piszę książkę, paru osobom z mojego najbliższego otoczenia ze zdziwienia odebrało mowę, ale gdy dostali do rąk roboczy tekst mojej debiutanckiej powieści, przecierali oczy ze zdumienia. No i poszły konie po betonie. Po ciepłym przyjęciu pierwszej powieści „Pokręcone losy Klary” prawie natychmiast powstały „Kobiety z odzysku”, które już w pierwszych dniach sprzedaży trafiły na listę bestsellerów w Empiku.

Moje powieści dedykuję nie tylko kobietom. Przygody bohaterów osadzone w obecnej polskiej rzeczywistości sprawią, że często w czasie lektury odnajdziecie samych siebie. Zobaczycie się w tak krzywym zwierciadle, że uśmiejecie się do łez. Niemniej to nie tylko komedie. To głównie opowieści o ludzkich relacjach i o życiu, które w każdej minucie potrafi być barwne i zabawne. Wystarczy czasem zmienić kąt widzenia i dosłownie na sekundę przerwać codzienny pęd.

Izabella Frączyk 2

Która Twoja książka jest dla Ciebie najważniejsza? Dlaczego?

Na etapie tworzenia każda z nich jest bardzo ważna. Pisanie książki trzeba okupić czasem, poświęceniem, skupieniem, zakręceniem. Nieraz odlotem. Zawsze jest to coś, co dzieje się kosztem czegoś. Każdą książkę pisałam w ważnym dla mnie czasie, kocham wszystkie, a którą wspominam najmilej? Chyba „Kobiety z odzysku”. To moja druga powieść, zatem nie bałam się jej tak jak pierwszej (śmiech), a pisałam ją jakby w ciemno, nie mając pojęcia, co mnie czeka na księgarskim ryku. Poza tym, powstawała w czasie cudownych wakacji, na wyjeździe, wśród przyjaciół. Mnóstwo się działo. Wszyscy na okrągło mi przeszkadzali. Non stop ktoś coś ode mnie chciał, a to „co robisz?”, „skaleczyłam się w palec” ,”mama, kupę”, „hej! macie jakieś zimne piwo?”, „mogę na basen?”, „przepraszam, a domki to w jakiej cenie za dobę?”, ”głodna jestem”, „kochanie, ile kiełbasy kupić na ognisko?” itp. I tak cały czas. Normalny człowiek by zwariował. A ja pisałam i pisałam, i pisałam. Cud, że wyszła z tego taka zawrotna i spójna akcja, bo powinna wyjść jakaś totalna sieczka (śmiech).

Kiedy napisałaś pierwsze opowiadanie i co zainspirowało Cię do jego stworzenia?

Ależ ja nigdy w życiu nie napisałam żadnego opowiadania! Przysięgam! Choć przypominam sobie, że na początku mojej literackiej przygody, wielu sugerowało właśnie pisanie opowiadań. Nie mogłam pojąć, dlaczego mam marnować czas na opowiadanie, którego nikt nie przeczyta i za które nikt mi nie zapłaci, skoro mogę w tym czasie pisać książkę. Wybacz, nie chcę wyjść na arogantkę, ale ja nawet nie wiem, jak się pisze opowiadanie (śmiech). Co innego felieton. Od ponad roku współtworzę bloga Świeżo Napisane, gdzie wraz z moją przyjaciółką i zarazem koleżanką po fachu, regularnie publikujemy nasze kulinarne fanaberie oraz tak zwane „odpryski” naszej pracy twórczej. Z nieustającym zapałem piszemy zabawne felietony i przy okazji świetnie się bawimy. Zatem opowiadanie, raczej na pewno, nie stanie się moją domeną.

Kiedy napisałaś pierwszą książkę? Co zainspirowało Cię do jej stworzenia?

Przede wszystkim chciałam zrobić sobie w głowie luzy oraz udowodnić sobie samej, że potrafię napisać coś dłuższego, co będzie się nadawało do czytania. Startując, nie wiedziałam, co napiszę. Zresztą do dziś nigdy nie wiem, co mi wyjdzie. Nigdy w życiu nie podpisałam z wydawnictwem umowy na konspekt. Nie umiałabym trzymać się z góry założonego planu. Moi bohaterowie żyją własnym życiem i nigdy nie wiem, co wymyślą. Dopiero, gdy mam gotowy cały tekst, wtedy wysyłam go do wydawcy.

Ile czasu dziennie poświęcasz na pisanie? Jakie przy tym towarzyszą Ci problemy? Jak sobie z nimi radzisz?

Tyle czasu, ile mogę. Czasem bywają takie tygodnie, że nie napiszę ani jednej linijki tekstu. Na moje szczęście mam w sobie jakiś taki gen prymuski i lubię mieć wszystko ogarnięte na zapas, zatem teraz piszę już czwartą powieść do przodu. To, co ja przeżywam dzisiaj, moi czytelnicy będą przeżywać w drugiej połowie 2018 roku. Taki styl pracy daje mi duży komfort. Nie lubię, jeśli ktoś mnie naciska. Nie potrafię pisać na zamówienie, na łapu-capu, na tych osławionych w naszej branży „dedlajnach”. To nie dla mnie. To stresuje. Na wiele rzeczy w moim życiu nie mam wpływu, dlatego też praca, którą sama sobie stworzyłam, musi odbywać się po mojemu i na moich zasadach.

Jak „nastrajasz się” do pisania, to znaczy co jesz, pijesz i słuchasz przed lub w trakcie procesu twórczego?

Kiedy piszę, wchodzę na tych kilka miesięcy w taką specyficzną fazę twórczą. Nieraz zawalę to i owo, czasem zapomnę ugotować obiad albo dzieci odebrać ze szkoły. Żyję wtedy dwoma życiami, jednocześnie w dwóch światach. Ciężko to racjonalnie wyjaśnić i przy okazji nie wyjść na wariata (śmiech). Jak już wcześniej wspomniałam, moi bohaterowie żyją własnym życiem. Nie robię konspektów, planów ani notatek, zatem jak tylko coś zaczyna dziać się TAM, to od razu chcę biec do komputera. Czasem „zaczyna się dziać” jak sterczę w korku, czasem na siłowni, albo też jak proboszcz przynudza na niedzielnym kazaniu. Każdy moment jest dobry i z każdej chwili można wyłuskać interesującą inspirację (śmiech)

Co robisz, gdy dopadają Cię blokady twórcze?

Szczerze mówiąc, ja nie wiem co to jest (śmiech), acz czasem czuję, że się przegrzewam i muszę odpocząć, przewietrzyć myśli. Zwykle tak się dzieje w połowie książki i wtedy mi się wydaje, że to już koniec. Że to kompletna kaplica. Ale z doświadczenia wiem, że wtedy potrzeba mi kilku dni przerwy, a później wszystko wraca na swoje miejsce. Zatem traktuję ten stan raczej w kategoriach normalnej przerwy technicznej, a nie blokady twórczej.

Czego nie znosisz w tworzeniu powieści?

Pisarstwo wzięło się z przyjemności i tak ma być. Jeśli stanie się dla mnie czymś przykrym, po prostu znów zmienię zawód. Uwielbiam pisać, uwielbiam to uczucie, kiedy palce jakby same śmigają po klawiszach, jakby ktoś mi dyktował i wszystko działo się właśnie tam, a nie tutaj.

Czy czujesz się pisarką spełnioną? Dlaczego?

A co to jest pisarka spełniona? Gdzie jest ta granica, po przekroczeniu której czujemy, że to już? Że ta ostatnia książka była najlepsza? Że na fanpejdżu liczba lajków przeskoczyła o kolejny milion? Że fanklub pęka w szwach? Że za spotkania autorskie płacą bajońskie pieniądze, a każda książka kończy się ekranizacją? Nie wiem. Nie czuję zawodowego spełnienia. Cały czas mam nowe plany. W tym roku wydaję dwie książki w Stanach Zjednoczonych, piszę następne historie. Gdyby ktoś siedem lat temu, kiedy wydawałam moją debiutancką powieść, powiedział mi, że dziś znajdę się tu, gdzie jestem i wydam książki w Ameryce, to najpierw padłabym trupem, a potem zapytała, czy mu nie brak piątej klepki. A dziś? Dziś, pisząc „nastą” książkę, czuję, że dopiero zaczynam się rozkręcać (śmiech).

Czego nie lubisz w książkach?

Przesady, przewidywalności i nadmiernej egzaltacji. A już najbardziej nie lubię długich opisów przyrody i chamskich scen łóżkowych. Odkąd piszę, nie mam wiele czasu na czytanie, tak więc wybieram pewniaki, czyli sprawdzone pozycje ulubionych autorów.

Czy jest coś, co chciałabyś osiągnąć, a nie jest związane z pisaniem?

Im jestem starsza, tym bardziej staram się mieć realne marzenia i cele. Już odpuściłam sobie robienie licencji na pilotowanie śmigłowca, za to tuż przed czterdziestką nauczyłam się jeździć na snowboardzie, a wszyscy wokół pukali się w czoło (śmiech). Od dziecka marzyłam, żeby być mechanikiem samochodowym i chociaż aktualnie nie mam wiele czasu, to niemalże własnoręcznie remontuję motoryzacyjny, blisko czterdziestoletni zabytek i cały czas się uczę. Już jestem prawie na finiszu. Już wiem, że to mój pierwszy, ale nie ostatni egzemplarz, i że jak zajdzie potrzeba, to pokocham tę moją nową „robotę” (śmiech).

Co chciałabyś doradzić przyszłym debiutantom?

Po pierwsze, żeby się nie bali. Jeśli rzeczywiście chcą zacząć, to niech w końcu przestaną o tym gadać, tylko usiądą i zaczną, bo samo się nie napisze. Do tego należy też troszkę się opancerzyć, gdyż decydując się na upublicznienie tego co stworzyliśmy, musimy liczyć się z tym, że to nie spodoba się każdemu. Znam niejeden przypadek, kiedy autor łamał się pod wpływem niekorzystnych recenzji, a tutaj cudów nie ma. Wszystkie opinie pozytywne nie będą, bo nawet jeśli faktycznie stworzymy coś dobrego, to zawsze się znajdzie jakiś maruda, który do czegoś się przyczepi (śmiech). Jak to w życiu.

Co czułaś, gdy zadebiutowałaś?

O matko! (śmiech) Przerażenie, panikę… To był prawdziwy dzień grozy. Gdy w dniu premiery zobaczyłam w Googlach dwie strony linków z moim nazwiskiem pomyślałam sobie: Boże jedyny, co ja najlepszego narobiłam?! Ale było już za późno. Poszły konie po betonie. Teraz już tak bardzo nie stresuję się przy premierach, choć zawsze jest to duże przeżycie.

Jak to jest być autorką wielu książek?

A jak to jest, być na przykład szefem kuchni, który ugotował wiele obiadów? (śmiech) Nie wiem dokładnie, ale myślę, że mniej więcej o to właśnie chodzi. Natomiast niezależnie od wszystkiego, rozmiar dorobku nie tylko nobilituje, ale też w jakiś sposób podnosi twórcy poprzeczkę. Chcąc być twórcą odpowiedzialnym, trzeba nieustannie dbać o jakość, o oczekiwania odbiorców. Trzeba zaskakiwać, uczyć się, zdobywać co rusz nową wiedzę. Nie wolno obniżyć lotów. To czasem stresuje. Pomimo wielu wydań, nadal mam do mojej pracy mnóstwo pokory. Mam świadomość, że łatwo tu o wodę sodową, a moment, kiedy na rynku wychodzi się z cienia dla wielu jest chwilą, w której łatwo o błąd. Niestety, tak się nie da. Czytelnik ma coraz większe wymagania, konkurencja nie śpi, a wydawcy nie mają litości. Zatem im mamy większy dorobek, tym bardziej powinniśmy unikać taryfy ulgowej i tym więcej z siebie dawać. Nie ma zmiłuj.

Pozdrawiam,

Barbara Kirszniok
Mimi

Barbara Kirszniok

Ja również. Bardzo dziękuję za zaproszenie. Korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam Ciebie Basiu oraz wszystkich stałych bywalców i przy okazji zapraszam na losowanie!

LOSOWANIE SZCZĘŚLIWEJ CZWÓRKI

Mam do rozdania cztery książki Izabelli Frączyk.

Izabella Frączyk 3

Każdy, kto zechce wziąć udział w losowaniu, musi podać swoje imię i nazwisko oraz miejscowość, w której mieszka. Zainteresowanych proszę o kontakt mailowy: barbarakirszniok@gmail.com. Do północy 15 sierpnia 2017 roku można przesłać swoje zgłoszenie. Ogłoszenie wyników odbędzie się 16 sierpnia 2017 roku poprzez zaktualizowanie tego wpisu na blogu. Skontaktuję się ze szczęśliwą czwórką poprzez maila w celu podania adresu, na który mam wysłać książkę. Ja i Izabella Frączyk serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w losowaniu. Pozdrawiamy.

Zwycięzcy:
1. Wojciech Kuś, Szczecin,
2. Beata Pawełoszek, Radlin / Wodzisław Śląski,
3. Lidia Leszczyńska, Gliwice,
4. Dominik Malicki, Gdańsk.

Podziel się tym wpisem ze znajomymi

Mimi

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *